Najlepsze fish'n'chips zjesz u ojca supergwiazdy

Niedzielne popołudnie. Jeden z tych dni, kiedy zaraz po przebudzeniu wiesz, że tylko frytki i cola mogą uratować ten dzień. Jeśli kiedykolwiek trafisz do Glasgow z powodu muzyki, to miasto szybko przyzwyczai cię do podobnych poranków. Druga po Londynie największa scena muzyczna w Wielkiej Brytanii - średnio odbywa się 80 koncertów dziennie, a szkocka publiczność cały czas pracuje na miano najlepszej na świecie. Chcesz posłuchać świeżego indie - idziesz do King Tut's. Masz ochotę na dziką imprezę - codziennie najlepsze electro oferuje legendarny Sub Club. Natomiast jeśli sam tworzysz muzykę, powinieneś wybrać oferowanyc w co drugim pubie „open mic”. Potem wracasz do marzenia o fish'n'chips na śniadanie, które jest już obiadem.

Obrzeża Glasgow, dzielnica o nie najlepszej renomie – do tej pory znałam ją tylko z tekstów, mówiących o tym, że nigdy nie znajdziesz dobrego powodu, żeby odwiedzić Paisley. Nawet tam atakowały mnie muzyczne akcenty. Z Glasgow pochodzą m.in. Franz Ferdinand, Chvrches, Mogwai, Belle and Sebastian i Paolo Nutini. Zdjęcia tego ostatniego wisiały na ścianie restauracji z fast foodem, w której bardzo miły pan smażył moją rybę. Pomyślałam, że musi kochać muzykę. Kilka dni wcześniej byłam na wspaniałym koncercie tego bezczelnie zdolnego szkota, więc nie mogłam zostawić zdjęć bez komentarza.

- Paolo jadał u was frytki? Macie jego zdjęcia i to z autografami...
- Tak, tak. On całe życie je moje frytki.

I pewnie byłby to najgorszy small talk w moim życiu, gdyby miły pan nie dodał z uśmiechem:
- Paolo to mój syn.

I co teraz? Nagle przypomniałam sobie ile wzruszeń Paolo Nutini dostarczył mi na koncercie kilka dni wcześniej, a to dzięki temu, że w obrębie jednego utworu potrafi głosem zrobić więcej, niż nie jeden wokalista próbował przez całe życie.
Nagle uświadomiłam sobie, że muzyk, który nagrał w 2014 roku jedną z najlepszych płyt jaką słyszałam, ten sam który z każdym kolejnym albumem trafiał na pierwsze miejsca sprzedaży płyt, kiedyś nie tylko jadł ale i pewnie smażył w tym miejscu frytki. Czy to historia o nim? Po części tak, ale i starszy Nutini miał do zaoferowania dużo więcej, niż tylko opowieści o znanym synu. Mało medialne, bo bez tragedii, patologii i morderstw, można uznać, że zupełnie nie pasujące do współczesnych mediów. Za to przepełnione miłością i rodzinna tradycja ponad stu letniej restauracji fish'n'chips.

- Moi dziadkowie, rodzice mojej matki - Alfredo i Mary Castelvecchi otworzył kawiarnię w 1914 - byli imigrantami z Włoch, z którymi w tym czasie Szkocja nie miała żadnego problemu. Problem pojawił się podczas II wojny światowej. Mój dziadek miał dwie córki, mieszkał i prowadził biznes w Szkocji ale i tak nie posiadał brytyjskiego paszportu, więc kiedy Włosi włączyli się do wojny został internowany. Musiał opuścić rodzinę. Biznes udało się jednak utrzymać. Do Paisley przyjechał wtedy mój ojciec, aby mu pomóc. Urodził się w Wielkiej Brytanii, więc miał już brytyjski paszport. W restauracji poznał moją matkę, w której się zakochał. To był pierwszy romans jaki zrodził się w tym miejscu. Niestety i on musiał udać się do armii brytyjskiej. Wrócił jednak po wojnie i razem z moją mamą przejęli opiekę nad tym miejscem. Po tym jak mój ojciec chorował i musiał przejeść na emeryturę, restauracja została w moich i siostry rękach. Siostra jest już na emeryturze, więc zostałem tylko ja. I co najważniejsze – tutaj znalazłem swoją miłość, tak samo jak mój ojciec.
Pan Alfredo od ponad 40 lat otwiera swoją restaurację, aby raczyć mieszkańców Paisley najlepszym fish'n'chips. Sama tego doświadczyłam, ale gdyby zapytać ludzi na ulicy, gdzie można spróbować najlepszego wyspiarskiego specjału, chyba każdy odpowie, że na 10 New Street. Czy za popularnością Castelvecchi kryje się sukces Paolo? Absolutnie nie. Za sukcesem miejsca kryje się tylko i wyłącznie ciężka praca i serce jakie Nutini wkłada w przygotowanie każdego posiłku.

Pan Alfredo nigdy nie chciał - a co najważniejsze nigdy nie musiał - wykorzystywać sukcesu syna w utrzymaniu dobrego zdania o swoim biznesie. Nie ma jednak problemu porozmawiać z nim o Paolo i przejść do tematów, które jego fanom sprawiają wielką przyjemność. Wtedy uderza Cię „normalność” i niesamowita skromność ojca muzyka.

- Paolo to mój syn, Zawsze będzie moim synem, a nie gwiazdą. Zdaję sobie sprawę, że ma fanów, że jest cenionym muzykiem, ale dla mnie to po prostu Paolo. Ten sam, który wpada do domu, robi nam wszystkim herbatę i opowiada co u niego słychać. Ten sam, który próbował tutaj pracować jako chłopak, ale zawsze uciekał, bo miał ciekawsze zajęcie – każdej soboty, kiedy przez kilka godzin miał pomagać, musiałem słuchać, że chłopaki już grają w nogę i czy może już iść pokopać. Zawsze się na tym kończyło.
Mimo wszystko to ten sam chłopak, który w wieku 16 lat poszedł na szkolny konkurs i został zauważony przez dobrych ludzi, który pomogli mu przebić się do świata showbiznesu, muzyki i wielkich kontraktów.

- To też miało swój początek tutaj w Paisley, znasz tę historię?

I oczywiście znałam. Ale znałam z brytyjskich mediów, które uwielbiają gwiazdy typu Paolo Nutini. Uwielbiają, niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu. Pan Alfredo doskonale wiedział co miałam na myśli.

- Ja znam swojego syna. A jeśli znasz kogoś tak dobrze, to czytając o nim cokolwiek w gazecie, wiesz kiedy coś jest prawdą, a kiedy kłamstwem. Sama wiesz, że media kłamią, że mogą pisać przeróżne i mijające się z prawdą rzeczy - sama możesz to robić. Tylko ja nigdy się tym nie przejmowałem – wiem jaki jest Paolo i nigdy nie ufałem gazetom bardziej niż jemu. Sam wiem kiedy coś jest nie tak, nie muszę dowiadywać się o tym od dziennikarzy.

Zaświadczam, że piszę historię prawdziwą. I wracam do początków kariery Paolo i do historii, która rozwinęła mnie samą – bo uświadomiła, że jeśli nie ma w polskich mediach miejsca na takie opowieści i wszyscy wokół wmawiają, że nikt nie chce czytać o ludziach bez ekscytujących tragedii, sama muszę je sobie stworzyć (w takim zamyśle powstaje ten blog). Chociaż o początkach kariery Paolo, można przeczytać w nie jednej gazecie i na nie jednym muzycznym portalu, z ust ojca brzmi znacznie ciekawiej.

- Pierwszy raz, kiedy dowiedzieliśmy się, że w ogóle chce śpiewać, to było przy okazji koncertu w szkole. Po prostu powiedział, że ma zamiar wystąpić. Linda (matka Paolo) powiedziała, że ok – może śpiewać w szkole, ale najpierw musi zaśpiewać coś dla nich, a ona oceni, czy się w ogóle do tego nadaje. Pamiętam, że powiedziała wtedy „not bad” i tak się zaczęło. A potem był ten dzień. W miejskim ratuszu miało odbyć się spotkanie ze zwycięzcą programu rozrywkowego Fame Academy - Davidem Snaddonem. On też jest z Paisley i był zaproszony przez lokalną radio stację. Spóźniał się, więc na zabicie czasu stacja zorganizowano mini konkurs – zadali pytania, zwycięzca mógł w nagrodę wystąpić na scenie. Paolo, który wtedy powinien być w szkole, wygrał konkurs i dzięki temu mógł wystąpić przed publicznością.

To pewnie najlepsza rzecz jaka mogła przydarzyć się młodemu szkotowi. Wśród publiczności był Brandon Moon, który kierował wtedy wytwórnią Davida Snaddona. To on odkrył Paolo i pokierował jego kariera. Zupełnie obcy człowiek zamienił życie syna Pana Alfredo.

- Paolo wrócił do domu z wizytówką Brandona. Ten powiedział mu, że ma dobry głos i że może mu pomóc. Nie mieliśmy wtedy nic przeciwko. Paolo był podekscytowany i chciał spróbować rozwijać się w tym kierunku, więc nie mogliśmy powiedzieć nie. Wychodzę z założenia, że każdy musi dostać szanse realizacji swojego marzenia, każdy musi spróbować realizować się w tym, w czym czuje, że jest dobry. A on widocznie wtedy to poczuł.

Cały czas nurtowało mnie, jak tak zdolny wokalista nie okazywał wcześniej nawet przebłysków talentu. Mogłoby się wydawać, że z takim głosem od dziecka można czarować ludzi i żyć czekając na sukces. W jego przypadku do 16 roku życia nikt z bliskiego otoczenia Paolo, nawet nie podejrzewał go o jakieś umiejętności wokalne.

- Nikt nie wiedział, że on może tak śpiewać. Paolo zawsze słuchał dużo muzyki, ale nikt nie spodziewał się, że sam będzie ją tworzył. Mój ojciec był do szaleństwa zakochany w operze. Chciał, żebym to ja był śpiewakiem operowym, ale nie mam do tego głosu. Grał na pianinie i słuchał bardzo dużo muzyki. Paolo bardzo często mu towarzyszył.

Po odkryciu Paolo, Pan Alfredo musiał wiele nauczyć się o branży muzycznej W końcu po części oddał w ręce show biznesu wychowanie swojego nastoletniego syna, który postanowił rozwijać swoją karierę w Londynie.

- Całkowicie zaufałem Brandonowi. Przekonał nas, że wszystko układa się w porządku, że Paolo powinien rozwijać się w Londynie, bo tam ma więcej możliwości. Ufałem synowi, i wiedziałem, że jeśli coś będzie nie tak, to sam Paolo potrafi powiedzieć głośne „nie”. Doskonale wiedział czego chce i takie sytuacje nie raz miały miejsce. Na początku to nie były wielkie sceny, to były małe kluby i puby. Paolo musiał szybko dorosnąć i stać się pewniejszym. Zawsze będę pamiętał gdzie zaczynał, nawet teraz gdy widzę go na tych największych scenach. Jego droga nie była łatwa, ale ludzie tego nie widzą. Widzą tylko to co chcą widzieć, zwracają uwagę tylko na te wielkie sceny, a mało kto zastanawia się jak ciężko musiał na to pracować.

Dużo też stracił. Zawód muzyka kojarzy się w wyrzeczeniami. Z czego rezygnował Paolo? Mogłoby się wydawać, że opuszczając rodzinny dom w tak młodym wieku, była to rodzina i przyjaciele - wszystko to co zostawił w Szkocji.

- Hmm... można by się zastanawiać co stracił, a co zyskał. Ale po co? On zawsze ma czas przyjechać do Paisley. Ma tutaj dom, odwiedza nas regularnie, jego babcia nadal żyje, więc bardzo o to dba. Ma tutaj siostrę, za którą bardzo tęskni, ma mnóstwo przyjaciół, których ma od zawsze. Najgorsza strata jaka może Ci się przydarzyć to strata rodziny - a nasza cały czas trzyma się razem.

Cały czas zastanawiałam się gdzie Pan Alfredo chowa tę dumę, kiedy zacznie opowiadać, że jego syn to gwiazda, mówić ile milionów płyt sprzedał i jakie grał koncerty. A on na pytanie o najważniejszy koncert syna opowiada o maleńkiej operze w Toskanii.

- Tam zaśpiewał „Autumn leaves” to było niesamowite przeżycie. Paolo napisał ten utwór o pogrzebie swojego dziadka, który jak wspominałem uwielbiam opere. Nie wiem, czy był tam ktoś, kto nie zapłakał. Chyba wszyscy.

Sama bardzo szybko wzruszam się na piosenkach. Tego dnia, po tej rozmowie, ten utwór rozczulił mnie szczególnie mocno. Wcześniej przez kilka miesięcy, wzruszałam się za każdym razem, gdy słyszałam utwór „Iron Sky”. Znana wszystkim piosenkarka Adele dzieląc się na twiterze nagraniem Paolo napisała: „F**k!!! This is one of the best things I've ever seen in my life, hands down.” I trudno nie podzielać jej zdania.

Skoro tacy topowi artyści, w tak emocjonalny sposób podchodzili do piosenki Szkota, co musiał czuć ojciec, kiedy pierwszy raz usłyszał ten utwór?

- Byłem bardzo dumny! Tekst jest napakowany emocjami, ale muszę przyznać, że właśnie w takich momentach muszę czasami spojrzeć na karierę Paolo z dystansem. Muszę się sam ogarnąć, bo widzę go śpiewającego tak monumentalny i piękny utwór dla tysięcy ludzi, i wtedy muszę pamiętać, że to Paolo – po prostu mój syn. Rodzina jest w moim życiu najważniejsza i bardzo ją kocham. Zawsze powtarzałem Paolo, żeby się nie zmieniał. Dorósł ale nadal jest taki sam. Musisz zrobić z nim wywiad. Polubi cię.

I bardzo bym chciała, ale czy teraz będę rozmawiała z artysta, którego od lat ceniłam za świeże podejście w muzyce, za cudne utwory i wspaniałe koncerty? Pewnie też, chociaż Paolo Nutini już zawsze najpierw będzie synem Pana Alfredo – jednej z najmilszych osób jaką w życiu przypadkowo spotkałam.
W jednym z wywiadów poproszono Paolo o wybranie dnia tygodnia, którym mógłby się stać. Odpowiedział, że środa, bo kiedy był dzieckiem, środy były dniem wolnym jego taty. Zupełnie mnie to nie dziwi.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...