O autorze
Justyna Czarna absolwentka filozofii, dziennikarka, organizatorka imprez. Zadaje celne pytania i bezkrytycznie kocha muzykę, Szkocję i Arsenal Londyn.

Uzależniona od wywiadów, festiwali i dobrej kawy. Chce prezentować to co świeże w muzyce, inspirujące w ludziach i ciekawe w społeczeństwie. Kiedyś zamieszka na wyspie Skye i w rytm The Sound Of Silence napisze scenariusz własnego filmu.

jus.czarna@gmail.com

Muzyka na festiwalu? - mogłoby jej nie być, ale spoko, że jest

Gdyby zapytać ludzi na ulicy z czym kojarzy im się Wielka Brytania większość odpowie, że ze zmywakiem. Będą też tacy, którzy powiedzą, że z muzyką. Do takich mam szczęście należeć, bo gdzie jak nie w Wielkiej Brytanii narodziły się zespoły, które w większości tworzyły i nadal tworzą ścieżki dźwiękowe do naszego życia. Dla tej muzyki odwiedziłam jeden z największych festiwali w Wielkiej Brytanii i miałam pisać tylko o niej, gdyby nie to, że pełni funkcję jedynie dodatkową.

Festiwal służy BYCIU na festiwalu, a nie bieganiu między scenami, a już na pewno nie czekaniu na artystę pod barierkami. T in the Park, może i nie ma jeszcze tradycji jak Glastonbury, ale mentalność taką samą.

Cechą istotną każdego festiwalu na świecie nadal jest line-up i bilet, który w końcu trzeba mieć i który często kosztuje miesięczne wynagrodzenie parkingowego. W Wielkiej Brytanii najbardziej ekscytujące jest jednak pole namiotowe. Ono tworzy połowę festiwalu i często od miejsca w którym postawisz namiot, zależy jak będziesz wspominać festiwal.

1. „make friends whatever who, when, where”
To podstawa festiwalu. Zaraz po tym, aby mieć tyle alkoholu, żeby nikomu nie zabrakło. Nie sugeruję, że na naszych rodzimych festiwalach nie tworzą się przyjaźnie, ale tutaj to szczególny rodzaj zawierania znajomości. Nie przedstawiasz się, nie opowiadasz o sobie, nikomu nie próbujesz zaimponować znajomością zespołów, po prostu jesteś. Każdy jest równy i tak samo pijany, tak samo brudy, w błocie i tak samo ma wszystko gdzieś. Wszystko! Liczy się tylko zabawa z randomowymi ludźmi, którzy tak jak ty przez kilka dni są obywatelami festiwalu. Każdy ze sobą rozmawia, nie tylko grzecznościowo, ale jak ze starym znajomym, mimo, że dopiero wciskasz swoją jedynkę pomiędzy głośniki, leżaki i stos śmieci.

2. alko to podstawa.
Taczki, wózki sklepowe, nawet sanki pełne alkoholu wjeżdżają pierwszego dnia na pole namiotowe. Mimo że w gazetach mnóstwo poradników, aby nie zabierać go za dużo, bo i tak jeszcze nikt nie wypił tyle, w ile się zaopatrzył. Całodobowe monopolowe nie istnieją, więc jeśli nie masz przy sobie odpowiedniej ilości możesz liczyć na sąsiadów. Socjalizm w najczystszej postaci – piwo za fajkę, piwo – za kanapkę, piwo – bo nie masz piwa. Z tego co zostaje na polu namiotowym po festiwalu, można upić wszystkich bawiących się na polskich juwenaliach.

3. muzyka – mogłoby jej nie być, ale spoko, że jest.
Jakby nie było wszyscy ci pijani ludzie są tam dla muzyki. Powinni być. Na stronie znajdziesz tylko nazwy artystów, nikt nie zna godzin koncertów, program kosztuje 70zł (ulotka, kilka stron, ale z koncertowa rozpiską) i jest tyle ciekawszych rzeczy na polu namiotowym. Zdziwienie ogarniało każdego, kiedy biegłam na pierwszy koncert o 13:00! To jak tłumaczyć przedszkolakowi, że święty Mikołaj nie istnieje.
- Idziesz dziś na Kasabian? (godz. 16:00)
- A jeszcze nie grali?!
- Nooo nie... grają o 22.
- a no to wpadnę...
No i wpadnie, jak nie zaśpi pod namiotem - ale jak już wpadnie... to przekonasz się co to znaczy najlepsza i najgłośniejsza publiczność. Może właśnie dlatego mają tyle festiwali i dobrej muzyki. To coś więcej niż entuzjazm. To kwintesencja czerpania radości z koncertów na żywo. I nawet jeśli pijany, to do muzyki podchodzi z szacunkiem. Nie ważne kto na scenie - czy lubisz, czy nie – szanujesz. Jeśli nie chcesz słuchać idziesz w inne miejsce. Tylko nie drzesz ryja pod sceną kiedy on gra na harfie i śpiewa falsetem. Natomiast jeśli muzyka na to pozwala to drzesz tak, że wydaje Ci się, że artysta słyszy tylko ciebie.


Nikt nie biega między scenami, nikt nie planuje dnia, wszyscy wychodzą z założenia – nie zobaczę dziś, zobaczę innym razem. Zdarzają się też tacy, którzy bez muzyki nie istnieją, Oni cały festiwal spędzają w Slam Tent – każdy festiwal ma takie miejsce, w którym ponad przeciętny poziom używek pozwala nie wychodzić z niego przez trzy doby. Nie jeden Szkot marzy, żeby tam zostać do końca wakacji.

4. modnie, bo tak samo
Na polskich festiwalach można wyróżnić prawdziwych festiwalowiczów - w dobrym obuwiu i przeciwdeszczowej kurtce, gotowych zrobić wszystko, żeby zobaczyć swoich idoli. Ci potrzebują wytrzymałych outfitów do przemierzania kilometrów między scenami. Jest też ogromny odsetek festiwalowiczów wyglądających tak samo – typowy hipster – bo każdy niby inny, oryginalny, a jednak wszyscy tacy sami. Są także osoby ubrane pod konkretne zespoły, czyli w koszulkach ukochanych bandów. W zależności czy gra Rihanna, czy nie – zdarzają się też bywalcy dożynek, którzy przy okazji wakacji nad polskim Bałtykiem wyskoczyli na Openera.

Na T in The Park moda dzieli się tylko na damską i męską. Wszystkie laski wyglądają tak samo, prawdopodobnie New Look wypromował w tym roku frędzle, krótkie koszulki i najkrótsze spodenki jakie w życiu widziałam. Każda, w każdym rozmiarze! założyła więc prawie identyczną odzież. I nie ważne że pada deszcz, wieje wiatr i czujesz, że śnieg w lipcu to nie legenda – festiwalowy outfit nie może ulec zmianom.



Drugi odłam festiwalowej mody to moda męska – która nie ma nic wspólnego ani z festiwalem, ani z pogoda, ani ze stanem w jakim się znajdujemy. Jak gość wpada na festiwal w koszulce i shortach to tak z niego wyjeżdża. Ma być wygodnie, żeby tańczyć, pić i czasami spać.


Kolejki pod prysznic, suchy szampon, czy plecaki wypchane ubraniami na każda okazję - nie istnieją!W dodatku wszystko można zamalować, bo prawdziwy festiwal to twarz wyglądająca jak wielkanocna pisanka.

5. najgorzej.
Wszyscy tego nienawidzą, ale każdy to robi. W przypłynie euforii jaka unosi się przy wejściu artysty na scenę, tradycją stało się, aby każdy trzymający w tym momencie browara w ręku, rzucił nim w publiczność. Dostałam tyle razy, że liczę na lśniące włosy do sześćdziesiątki. Na Polskich festiwalach dziwną tradycją stało się podkradanie naklejki „toi toi” - nigdy nie zrozumiem po co? Dla brytyjczyków sam toi toi jest niezrozumiały. I mimo, że w każdym znajdziesz wodę, lusterko i papier to potrzeby załatwiają wszędzie. Brama, słupek, brzeg sceny. Anywhere.

6. pole zostaje.
Dosłownie. Namioty, śpiwory, materace, krzesła, łóżka, śmieci, wszystko zostaje. Nieliczni którzy zapłacili za swój namiot więcej niż 20 funtów i planują podróż na kolejny festiwal zabierają go ze sobą. Cała reszta zostawia swoje "obozy" na polu. Ważniejsze jest, żeby być wcześniej w kolejce do autobusu i zdarzyć jeszcze wypić browara.



W ciągu trzech dni zrobiłam ponad 20 wywiadów, spędziłam kilkanaście godzin przy scenie BBC Introducing, gdzie nasłuchałam się nowej muzyki na kolejne kilka miesięcy. Wypiłam piwo z Kasabian. Zaniemówiłam przy Modest Mouse.
- masz ognia? - moja chwila zwątpienia we wszechświat i bez słowa podałam zapalniczkę - słyszałem jak mówiłaś, że jesteś z Polski. Byliśmy tam kilka dni temu na Open'er Festival, Polska to świetny kraj, bardzo nam się podoba.
- a ja czekałam na wasz koncert pół życia. Byliście wspaniali.

Tak, nic więcej nie powiedziałam.

Po kilku tygodniach najlepiej podsumować festiwal – wiem, które występy najbardziej utkwiły w pamięci i warto o nich napisać. Tak więc w wielkim skrócie:
Prides otworzyli główną scenę i po raz kolejny, ktoś otworzył moje serce na muzykę pop. The War On Drugs zagrali koncert, dokładnie taki jaki sobie wymarzyłam – łagodny wokal ale dzikie gitary - wszystko brzmiało idealnie! Najintensywniejsze wspomnienie to nadal Kasabian, czyli zdecydowana czołówka najlepszych występów na żywo.

Jeśli przy oglądaniu tego nagrania, nie zapragniesz być na tym koncercie, to pewnie nigdy się nie dogadamy ale rozumiem, że to nie twoja muzyka.
Stillhoud – kolejny zespół, który udawania, że można robić dobry pop. Ekscytacja, radość, energia to koncert Jungle- muzyczna podróż w inny wymiar! Nadal uważam, że warto czekać pół życia, żeby w końcu zobaczyć Modest Mouse. Kolejne genialne odkrycie to Man of Moon, a po nich Miaoux Miaoux – młody, zdolny, świetnie brzmiący. Najdziwniejsze wspomnienie to koncert Jamie T – dzikie tłumy pod scena, dzika zabawa, każdy, znający każde słowo, każdej piosenki było totalnym zaskoczeniem.

Nigdy nie zapomne zakończenia festiwalu - ostatnich minut, ostatniego utworu – Noel, ten z Oasis i 85 tys. Brytyjczyków, Szkotów, festiwalowiczów krzyczących razem z nim do Don't look back in anger. Do tej pory nie moge uwierzyć, że płakałam na piosence Oasis. A jednak.
Trwa ładowanie komentarzy...